piątek, 20 października 2017

"Gwiazd naszych wina" - recenzja

Cała moja przygoda z twórczością Johna Greena zaczęła się od filmu, który powstał na podstawie jego powieści " Gwiazd naszych wina". Mimo, że zazwyczaj (jak chyba większość ludzi) najpierw czytam, potem oglądam ekranizację, to w tym przypadku było inaczej. Po książkę sięgnęłam dopiero niedawno. Mimo, że już chyba wszyscy ją kojarzą, to gdyby ktoś chciał wiedzieć jakie jest moje zdanie na jej temat, to postanowiłam napisać recenzję. I nie jest to w sumie ani recenzja filmu, ani  książki, tylko recenzja całość.



Autor: John Green
Wydawnictwo: Bookowy las
"Gwiazd naszych wina" to jedna z tych książek, które chce się czytać, mimo, że ma się świadomość, że będzie się przy tym płakać, wściekać i przeklinać Bogu ducha winne osoby. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Przedstawiona jest w niej historia Hazel - nastolatki chorej na raka, która pewnego dnia poznaje chodzącą metaforę - Augustusa Watersa. Pewnie gdyby nie fakt, że oboje walczą z rakiem, to byłaby to dość zwyczajna, nastoletnia miłość. Ale z drugiej strony - gdyby nie chorowali, to prawdopodobnie w ogóle by się nie spotkali. 

Uważam, że bardzo dobrze pokazane są właśnie choroby bohaterów, ich odczucia (bohaterów, nie chorób), zachowania bliskich. Mimo, że (jak sam autor zaznacza) - historia jest całkowicie wymyślona, to wszystko jest tak realistyczne, że ma się wrażenie, że to naprawdę miało miejsce. Wiecie - często kręcą filmy na podstawie życia jakiś osób, które wiele przeszły i ja miałam wrażenie, jakby to był jeden z nich.

"Nie masz wpływu na to, że ktoś cię zrani na tym świecie, staruszku, ale masz coś do powiedzenia na temat tego, kim ta osoba będzie. Podoba mi się mój wybór."

Jeśli chodzi o bohaterów, to oczywiście całym sercem kocham Gusa z jego papierosami i krzywym uśmiechem. Hazel też bardzo lubię. I muszę kiedyś przeczytać "Cios udręki". Jak zwykle w przypadku powieści J. Greena - wszelkie dialogi, cytaty itd. są po prostu cudowne.
 
Dość długo zastanawiałam się, czy "Gwiazd naszych wina"  bardziej podoba mi się w postaci filmu, czy książki. W końcu jednak doszłam do wniosku, że chyba wolę film. Ale to chyba dlatego, ze od niego wszystko się zaczęło.

"Świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń."

Historia opisana przez J. Greena jest jedną z tych, które się kocha i nienawidzi jednocześnie. Do tego człowiek czuje się bezsilny, bo chce zapobiec temu, co się stało (jeśli chcecie się do tego jakoś odnieść w komentarzu, to proszę napiszcie, że opinia jest spoilerem, bo pewnie znajdą się pojedyncze osoby, które jeszcze tego nie czytały). Po takiej książce chętnie atakuje nas kac książkowy i trzeba dojść do siebie, ale i tak myślę, że warto.

wtorek, 17 października 2017

10 rzeczy, które uwielbiam


Bloga prowadzę już od dłuższego czasu, a poza krótką zakładką "O mnie" nie pisałam tutaj zbyt dużo o mojej skromnej osobie. Dlatego uznałam, że możecie chcieć trochę lepiej mnie poznać i dowiedzieć się nieco więcej. Przygotowałam więc dla was listę 10 rzeczy, do których mam słabość.



1. Herbata
W szczególności zielona z dodatkiem jaśminu, pigwy albo czegoś w tym stylu. Biała albo czarna też mogą być. Czerwona też ostatnio  u mnie gości. Yerbą także nie pogardzę.


2. Wielkie kubki
 Moja mama nieraz śmieję się, że piję z wiadra. Ale co ja mogę zrobić, kiedy herbata z punktu wyżej najlepiej smakuje mi z kubków niewiele mniejszych niż moja głowa.

3. Pierniki
Przyjmę w każdych ilościach, nie ważne czy w lukrze, czy w czekoladzie, czy serca, gwiazdki czy jakiekolwiek inne.

4. Czekolada
Czy jest ktoś, kto jej nie lubi?! Czekolada jest jak... jak szczęście w kawałkach. Zjem praktycznie każdy rodzaj. I to w dużych ilościach.

5. Arbuzy
Zarówno takie do jedzenia, jak i wszystko co ma na sobie nadruk arbuza, smakuję nim, albo pachnie. Mam już mydła, balsam do ust, apaszkę, bluzkę w arbuzy i nie jestem pewna czy wymieniłam wszystko, ale wiecie o co mi chodzi.



6. Pizza
Jest prawie jak czekolada - nigdy się nie znudzi.

7. Pluszowe renifery
Większość dzieci ma pluszowe misie, a ja mam renifery. Od zawsze. Jak widzę gdzieś renifera, to totalnie wymiękam, a jeśli ten renifer ma czerwony nos, to już w ogóle odpływam.

8. Poduszki
Zaczęło się od trzech poduszek. Teraz mam pięć ozdobnych i normalnych do spania.

9. Bransoletki
Dziwnie się czuję, gdy nie mam nic na nadgarstkach. Mam ponad 100 bransoletek, a stale przybywają nowe.

10. Duże swetry
Teraz, kiedy dni są coraz chłodniejsze, nie ma nic lepszego niż nieco za duży sweter. Działa trochę jak koc. Czasami żałuję, że nie można ich nosić też latem. Ale wtedy chyba za szybko by się znudziły.

Po przeczytaniu tej listy stwierdzam, że totalnie dopadł mnie stan "mamy jesień dlatego wszystko co ciepłe i puchate jest cudowne", ale to nie moja wina. W swojej liście pominęłam tak oczywiste rzeczy jak książki, kredki, farby itd. bo to już wiecie. Na koniec chciałabym dodać, że nie wymieniłam czegoś ważnego, ponieważ to nie są rzeczy. Mam na myśli moją rodzinę i przyjaciół, ale także Was, bo inaczej by mnie tu nie było. W komentarzach możecie pisać własne listy - z przyjemnością je poczytam.

piątek, 13 października 2017

Polscy autorzy TAG

Jak już zapewne widzicie po (jakże oryginalnym) tytule - dziś kolejny Book TAG! Cieszycie się? Mam nadzieję, że tak. Nominowana zostałam przez Dominikę z Books of Souls, której serdecznie za to dziękuję. Przepraszam, że TAG ukazuje się dopiero teraz, ale tak jakoś się to wszystko poukładało. Zaczynamy!




Remigiusz Mróz – książka, od której nie można się oderwać.
Ja od większości książek nie potrafię się oderwać, więc naprawdę ciężko mi wybrać konkretny tytuł. Jeśli jednak koniecznie mam wybrać, to „Fangirl” jest książką, która mnie wciągnęła, „Eleonora & Park” także, ale nic nie przebije powieści „Papierowe miasta”. Nic.

Katarzyna Berenika Miszczuk – oryginalna fantastyczna książka.
 Ja czytam dość mało typowej fantastyki, dlatego jedyne co przychodzi mi do głowy to całkiem niedawno czytane przeze mnie  "Mroczne światło". Ale ekspertką w tej dziedzinie raczej nie jestem, chociaż jak już chyba wspominałam - staram się zacząć czytać więcej fantastyki, ale na razie nie do końca mi to wychodzi.

Justyna Drzewicka – młodzieżowa książka pełna przygód.
 Takich książek jest naprawdę sporo. Nie będę po raz kolejny wspominała o książkach J.Greena, bo to chyba będzie już dla was nudne. Bo ja ciągle mówię o tym samym. Ale ja naprawdę czytam też inne rzeczy tylko no...jakoś tak wychodzi. W każdym razie moim zdaniem młodzieżową książką pełną przygód jest "Zaginiona" Andrzeja Pilipiuka.

Henryk Sienkiewicz – książka bardzo trudna albo nudna, którą ciężko się czytało.
Po za dziełami Sienkiewicza, no to na pewno "Anioły stąd odeszły". Muszę spróbować jeszcze raz, ale jakoś trochę nie ogarniam tej książki. Po za tym to ciężko jest mi nieraz przejść przez biografie. Najczęściej staram się jednak jakoś skończyć każdą książkę, a jak nie daję rady, to na jakiś czas ją odkładam.

Anna Litwinek – książka z ciekawą kobiecą bohaterką.
Wspominałam już, że uwielbiam nieco feministyczne książki? Jeśli nie to już wiecie. Więc na pewno wspominana już "Piratika" i "Jedyny pirat na imprezie". Mówiłam o tych książkach już chyba nie raz, ale nic nie poradzę na to, że je uwielbiam.

Małgorzata Łatko – książka, która do ciebie przemówiła.
Zazwyczaj nie gadam z książkami. Zdarza mi się gadać do rzeczy, ale nigdy nie siedziałam z książką w rękach i do niej nie gadałam. A przynajmniej nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek to robiła...

Oto lista osób, które nominuję:
Meg
Judytę
Paulinę

Na dziś to tyle. Wiem, że TAG nie jest długi ale liczę na to, że i tak Wam się spodobał, i że następny pojawi się szybciej.

poniedziałek, 9 października 2017

Kupować czy wypożyczać? Oto jest pytanie…



Są dwa „główne” sposoby na przeczytanie książki – można ją kupić lub wypożyczyć z biblioteki (można też je dostać albo pożyczyć od znajomego, ale te opcje pomijam). Wiele osób twierdzi, że woli je kupować, bo w bibliotece to używane, a oni wolą pachnące tomy prosto z drukarni (zresztą, kto ich nie lubi?). Ale dzisiaj spróbuję przekonać Was, że biblioteki też nie są złe.


 
Czy kupowanie wszystkich książek, które chcemy przeczytać jest konieczne?

W swoich recenzjach często piszę, że egzemplarz, który czytałam został wypożyczony z biblioteki. W przeciwieństwie do wielu innych blogerek książkowych nie mogę pochwalić się biblioteczką, na której stoją wszystkie najnowsze wydania znanych autorów, i wiecie co? Nie brakuje mi tego za bardzo. Zdarza się, że przeglądając blogi moich koleżanek po fachu mam ochotę polecieć do ksiągarni i wykupić połowę książek. Ale generalnie uważam to trochę za stratę pieniędzy, ponieważ wiele książek czytamy raz, a potem leżą zapomniane. 

Jakie są zalety wypożyczania książek?

No chyba przede wszystkim oszczędność. Bo nie oszukujmy się – książki (zwłaszcza te nowe i popularne) są dość drogie. A patrząc na ilość czytanych przeze mnie książek to prawdopodobnie skończyłoby się to tym, że musiałabym wydawać na książki ponad 2000 zł rocznie. Albo nawet więcej. Więc nie jest to chyba zbyt dobre rozwiązanie.  

Po za tym, nie mam pojęcia, czy Wy też tak macie, czy to tylko ja jestem jakaś dziwna, ale lubię używane książki. Dlatego nie mam nigdy wielkich problemów z zaznaczaniem sobie czegoś (ołówkiem, żeby było jasne!) czy z brakiem przesadnego dbania o książki. Nowe tomy też lubię (i jak chyba większość książkoholików – uwielbiam ich zapach), ale mam wrażenie, że książki mające ślady użytkowania przez kogoś innego są bardziej niezwykłe. Tak jakby miały w sobie też cząstkę tej osoby( mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi i nie weźmiecie mnie teraz za wariatkę). Czasami w takich książkach można też znaleźć całkiem ciekawe rzeczy – pocztówki, bilety, przypadkowe karteczki, które mogą nam powiedzieć trochę o tym , kto miał je przed nami.



Kiedy moim zdaniem warto kupować książki?

Po tym co dotychczas napisałam możecie wywnioskować, że jestem totalną przeciwniczką kupowania książek. Ale wcale tak nie jest. Sama też co jakiś czas zamawiam sobie kilka powieści i nie widzę w tym nic złego. Najczęściej są to jednak albo książki, które czytałam i do których wiem, że będę wracać, takie, które bardzo chcę przeczytać (nie wszystkie oczywiście, bo jest ich bardzo dużo). Zdarza się też, że przeglądając ofertę internetowych księgarni trafię na niedrogie powieści (ostatnio kupiłam książkę za 50 groszy, a najczęściej wybierane przeze mnie pozycje nie są droższe niż ok. 10 zł), których opisy wydają się interesujące. Potem czasem sprawdzam także opinie na lubimyczytać.pl i dodaję do koszyka, jeśli uważam, że książka jest tego warta.

Jestem bardzo ciekawa jakie jest Wasze zdanie na temat kupowania i wypożyczania książek, więc koniecznie napiszcie w komentarzu co Wy o tym myślicie. Liczę na jakieś ciekawe dyskusje i lecę przygotowywać kolejną notkę.

piątek, 6 października 2017

Szkicownik Koh-i-noor Niki - zawiodłam się



Mimo, że przez wiele lat rysowałam raczej na pojedynczych kartkach, to niecały rok temu postanowiłam zainwestować w szkicownik. Podreptałam więc do sklepu plastycznego w moim mieście, postałam chwilę przy półce ze szkicownikami i wybrałam ładnie wyglądający, klasyczny czarny szkicownik A4 z firmy Koh-i-noor. Wyglądał bardzo porządnie  i elegancko. Byłam zachwycona … do czasu.



Krótko o szkicowniku
Tak jak pisałam we wstępie – szkicownik jest po prostu śliczny. Na opakowaniu napisane było, że jest to szkicownik profesjonalny. Ma twardą oprawę, dość solidnie wykonaną. Zamykany jest na gumkę (tak jak teczki) zawiera wstażkę-zakładkę i dodatkową gumeczkę z boku np. na ołówek. Jeśli dobrze pamiętam to papier ma ok. 100g/m2, czyli jest odrobinę grubszy niż zwykła kartka papieru np. do drukarki. Kartki te można wyrywać, chociaż trzeba się przy tym nieco namęczyć, by zrobić to dobrze. I jeśli na tym skończyć opis, to wydaje się całkiem fajnym produktem, ale…

Co mnie rozczarowało
Mimo, że wydawałoby się, że Koh-i-noor jest bardzo porządną firmą i wszystko powinno być dobrze, to w trakcie używania okazało się, że w szkicowniku mogę rysować jedynie ołówkami lub węglem, w ostateczności cienkopisami (kartki mają fakturę, przez którą drobinki papieru lubią zostawać na cienkopisach itp.) . Kiedy próbowałam stworzyć rysunek kredkami, to po nałożeniu kilku warstw papier zaczął się przecierać (nie wiem jak dokładnie mam to określić). Stopniowo kartka w niektórych miejscach stawała się coraz ciensza, aż w końcu praktycznie całkowicie się przedarła. Bardzo mnie to zaskoczyło i zdenerwowało jednocześnie. 

Ja tym szkicownikiem jestem dość rozczarowana zwłaszcza, że miał to być taki mój pierwszy „poważny” szkicownik, w którym faktycznie miało się znajdować sporo prac. Jednak patrząc na to, że większość rysunków to mniejsza lub większa walka z papierem, to prawdopodobnie posłuży mi jeszcze do wykonywania jakiś ćwiczeń ołówkiem np. rysowania szkiców dłoni, stóp i innych części ciała. Na nowy rok jednak z pewnością kupię inny szkicownik (chodzi mi o to, żeby jeden szkicownik to był jeden rok), niewykluczone, że tym razem wybór padnie na Cansona.